Ten wpis pisał się ponad tydzień. Ale wybaczcie. To zdecydowanie nie moja wina. To wina Okoliczności. I tego, że byłam w domu. Wpis miał się zaczynać następująco i dotyczy dnia około piątku półtora tygodnia temu:
Tak. Stanowczo chcę do Krakowa. Dwa dni spokoju były. A dzisiaj obudziłam się co prawda we własnym łóżku po przespanej nocy, za to o 7:30, kiedy zza drzwi dochodziły odgłosy bardzo przypominające krzyki. Zdecydowanie za bardzo. Nienawidzę maminej nerwicy. Najmniejszy drobiazg potrafi ją zdenerwować *ściana* I jak ją kocham i często za nią tęsknię (zresztą, jak za całą rodziną i domem), tak po kilku dniach zaczynam jeszcze mocniej tęsknić za Krakowem i moim mieszkaniem. I zaczyna mnie szlag trafiać. Dobrze przynajmniej, że przed początkiem roku akademickiego zdążyłam jeszcze zawitać do Warszawy, bo jak się okazuje, wykład z romantyzmu jest w czwartek o 8:30, więc jakoś nikłe szanse na szybki ponowny pobyt. Ale jest adnotacja, że co dwa tygodnie, więc moooże jednak.
W międzyczasie wydarzyło się dużo rzeczy cholernie irytujących i jak uciekłam do Krakowa zrobiło mi się lepiej. I mogłam skończyć relację z Warszawy, o którą mnie dręczy
Aniołak. A więc… No właśnie. Relacja.
( Zgubiony Zamek i rozkopane badziewie, czyli jak Lemur Warszawę nawiedził )( Skrócony przegląd ostatnich wydarzeń )