03 October 2007 @ 12:26 am
Zgubiona relacja i inne wiadomości  
Ten wpis pisał się ponad tydzień. Ale wybaczcie. To zdecydowanie nie moja wina. To wina Okoliczności. I tego, że byłam w domu. Wpis miał się zaczynać następująco i dotyczy dnia około piątku półtora tygodnia temu:

Tak. Stanowczo chcę do Krakowa. Dwa dni spokoju były. A dzisiaj obudziłam się co prawda we własnym łóżku po przespanej nocy, za to o 7:30, kiedy zza drzwi dochodziły odgłosy bardzo przypominające krzyki. Zdecydowanie za bardzo. Nienawidzę maminej nerwicy. Najmniejszy drobiazg potrafi ją zdenerwować *ściana* I jak ją kocham i często za nią tęsknię (zresztą, jak za całą rodziną i domem), tak po kilku dniach zaczynam jeszcze mocniej tęsknić za Krakowem i moim mieszkaniem. I zaczyna mnie szlag trafiać. Dobrze przynajmniej, że przed początkiem roku akademickiego zdążyłam jeszcze zawitać do Warszawy, bo jak się okazuje, wykład z romantyzmu jest w czwartek o 8:30, więc jakoś nikłe szanse na szybki ponowny pobyt. Ale jest adnotacja, że co dwa tygodnie, więc moooże jednak.

W międzyczasie wydarzyło się dużo rzeczy cholernie irytujących i jak uciekłam do Krakowa zrobiło mi się lepiej. I mogłam skończyć relację z Warszawy, o którą mnie dręczy Aniołak. A więc… No właśnie. Relacja.

Zgubiony Zamek i rozkopane badziewie, czyli jak Lemur Warszawę nawiedził

Dedykowane Aniołakowi

Tak, jestem trzeźwa.
Tak, mówię poważnie.
Tak, mam głupawkę.
Tak, zostałam dzisiaj po wielokroć zabita przez [livejournal.com profile] can_dle.

Operacja „Warszawa” rozpoczęła się pobudką o 3:52 w nocy. Zanim jeszcze zdążyłam zjeść śniadanie, obudziła się Marysia z gorączką 39,6 stopnia i bólem wszystkiego. Zdiagnozowałam grypę, wpakowałam do łóżka, dałam coś przeciwgorączkowego i powiedziałam mamie. A potem pojechaliśmy. Z tatą mi się fajnie jeździ, bo nam się poczucie humoru zwykle pokrywa i się nam zwykle fajnie gada. A więc dojechaliśmy sobie tak do Warszawy. Jak się zaczęło robić jasno, wyciągnęłam książkę o Celtach i zaczęłam czytać. Historyczna, więc język co najmniej trudny, ale interesująca. Przydała się, kiedy zwiedzałam budowy, bo tata musiał coś załatwić, a mnie nie miał gdzie zostawić, bo nigdzie nie było po drodze.

Na jednej poznałam przystojnego i sympatycznego faceta z poczuciem humoru. I następnym razem zamierzam tam wrócić.

A potem tak jakoś wyszło, że ledwo zdążyliśmy zrobić zakupy i zjeść, a trzeba było jechać do centrum, żebym zdążyła na to umówione spotkanie o 16:00 pod Kolumną Zygmunta. Z [livejournal.com profile] manarai znalazłyśmy się bez większych problemów, mimo rozkopanego placu wokół pomnika i rozkopanego Krakowskiego Przedmieścia. Czekając na [livejournal.com profile] kirek_duglas popełzłyśmy sobie na Stary Rynek, gdzie kupiłam lnianą torbę z fragmentem utworu Chopina. A potem połaziłyśmy (i posiedziałyśmy) po zabytkowym fragmencie muru. Kirke przedarła się przez „to całe rozkopane badziewie” (by Kirke) i w ramach czekania na Arianrod (i w ramach pielęgnowania uzależnień) poszłyśmy do herbaciarni Dhemetter’s Teahouse (czy jakoś tak). Trzeba przyznać, że herbaciarnia ma swój klimat. Ma ściany pomalowane w paski, z głośników słychać muzykę klasyczną, musicalową i filmową, na półkach stoją słoje z herbatą, akcesoria do parzenia herbaty, pudełeczka ze szkockimi ciastkami i opakowania herbat z Mozartem. Herbatę też parzą świetną. Ja zamówiłam Zielone Kimono, Kirke Roiboss Szarlotka, a Rai chyba czarną z czekoladą i karmelem. W każdym razie picie herbaty zaczęło się od wzajemnej degustacji i stwierdzenia, że wszystkie są dobre. A potem zaczęła się głupawka (bo inaczej być nie mogło, a poza tym była herbatka... która już nigdy nie będzie taka sama).

Cieszymy się bardzo, że panie ze sklepu miały poczucie humoru i się śmiały razem z nami, bo by im było ciężko. Musiały przejść przez rozpoznawanie muzyki, opowieści o muzyce, która znajduje się na mp3 Kirke (bajki, bollywood, przeboje lat 70-tych, Sailor Moon etc.), historie wypadków medycznych na filmach, streszczanie anime japońskich (diagnoza: Rai, gdzieś ty się uchowała?). W pewnym momencie zaczęłyśmy się zastanawiać, jak sobie radzą scenarzyści. Muszą mieć chyba pokoje obwieszone takimi ogromnymi plakatami z powiązaniami rodzinnymi (i innymi więzami), ilością żyć, możliwościami zmartwychwstań… Bo potem jakiś bohater zmartwychwstanie o jeden raz za dużo i co będzie? La katastrofa…

I było głośno. Nic więc dziwnego, że Arian mogła dzwonić… Ale w końcu się dodzwoniła do Kirke, umówiłyśmy się pod Grób Nieznanego Żołnierza (Kirke do Arian: Jak to nie wiesz, gdzie jest Grób Nieznanego Żołnierza? Plac Piłsudskiego? Ogród Saski? Hotel Victoria? Rozkopane badziewie?) i poszłyśmy koło rozkopanego badziewia do innego rozkopanego badziewia, czyli pod odkopane podziemia Pałacu Saskiego (odkryte przy próbie rekonstrukcji pałacu, potem podobno chcieli je zasypać, bo nie wiedzieli, co z nimi zrobić, ale towarzystwa archeologiczne z Europy zaprotestowały (i dobrze), bo to najlepiej zachowane podziemia w całej Europie). A potem pod fontannę w Ogrodzie Saskim (jedyną słuszną fontannę). I tam na ławeczce poczekałyśmy na Arian. A z Arian poszłyśmy na piwo.

Po drodze do pubu irlandzkiego (jedynego w okolicy pubu, o którym którakolwiek z nas wiedziała – Kirke) wysłuchałyśmy relacji Arian z pracy, dworca, Ukrainy, piwa z Lavonem (czyli generalnie z pracy). A potem zamówiłyśmy mocne, ciemne piwo Belfast, którego jeszcze żadna z nas nie piła, ale które okazało się bardzo dobre. Tylko Rai zamówiła jakieś inne z sokiem (o dziwo, dobre było, a piwo + sok = *czaszka*). Kirke poopowiadała makabryczne relacje medyczne, pogadałyśmy o pracy, o festiwalach, o tym, co lubimy. Kirke musiała wyjść wcześniej. A my z Arian ściągałyśmy wzrokiem kelnera i jak już go ściągnęłyśmy, zamówiłyśmy drugi raz to samo. I zaczęłyśmy omawiać karierę Rai, rozpoczynając akcję: Wytępienie kompleksów Rai. Potem jakoś zeszło na facetów i wyszło nam z Arian, że nie istnieją. Istnieje tylko jeden czarnooki, czarnowłosy, z blizną na twarzy, pachnący końmi i whisky (wtajemniczeni wiedzą, o kogo chodzi :P ).

Pub okazał się bardzo przytulnym miejscem (o tym powinno być zapewne wcześniej, ale jakoś tak wyszło) z muzyką na żywo. Dwóch panów grało na gitarach i jeden śpiewał. Miałam dziwne wrażenie, że harmonia była wszędzie dziwnie podobna, ale byłam po dwóch piwach, więc to może tylko złudzenie było. W każdym razie pan ładnie śpiewał, a śpiewającym panom miło się robi, kiedy się w nich kobiety wgapiają z zachwytem, więc się powgapiałyśmy. A potem wypełzłyśmy zza naszego stolika i zaczęłyśmy skakać (bo tańczyć nie umiemy). Jak pan zaczął śpiewać wolną piosenkę, wróciłyśmy do stolika, a pani z sąsiedniego się przechyliła i zapytała, czy byłyśmy w Irlandii, że tak dobrze tańczymy. Zrobiło się nam miło, aczkolwiek było to dosyć zabawne. Podskakiwałyśmy i obracałyśmy się, a ktoś nam mówi, że tańczymy jak Irlandczycy. To w ogóle do tańca irlandzkiego nie było podobne :P

A potem zamówiłyśmy trzeci raz to samo. I dalej żeśmy skakały. I było miło, dopóki tata nie zadzwonił, że czeka już na mnie, bo nie zrozumiał, że powiedziałam wyjedź za pół godziny, a nie bądź za pół godziny. I trochę się awanturował. Rai i Arian mnie odprowadzały. Wyszłyśmy grzecznie z pubu i poszłyśmy w górę ulicy Miodowej. Co było zdecydowanie złym pomysłem. Dobrze, że Rai wypiła tylko jedno piwo. I bardzo dobrze, że miała Plan! Wróciłyśmy Miodową w drugą stronę i odnalazłyśmy zamek. A potem odnalazłyśmy tatę. A po drodze prowadziłyśmy ożywioną dyskusję, bardzo serio zresztą, o marzeniach i nie porzucaniu ich.

Bo jeden sen z Garrethem jest wart sto razy więcej niż najlepszy seks z najlepszym facetem, który tego nie rozumie. (by Arian) I wiecie co? To jest szczera prawda XD

Tata albo nie zauważył mojej nietrzeźwości, albo przymknął na nią oko. W końcu sam kiedyś był młody. Podejrzewam go o to drugie. A ja się trzymałam dobrze. Prosto, z sensem mówiłam, tylko trochę wolniej łapałam, o co chodzi. I było mi tak faaajnieee.

EDIT: I wysyłałam smsy. Do Aleks i Aniołaka. Do Aleks dwa. Aniołak musiał wycierpieć więcej. Za to dostałam śliczną kołysankę.

Aaa, aaa, śpij Juano słodka ma.
Nad Warszawą ciemna noc,
W głowie mam historii moc,
Będę w ucho szeotać ci.
Wrzosowisko też już śpi,
Nad górami płynie czar,
Noc ci pragnie dać swój dar -
Piękne zwidy, mroczny cień
zanim jasny wstanie dzień,
Nim kacołak zbudzi się,
Pogrąż się w spokojnym śnie...


I po takiej kołysance mogłam iść spać. I już nie odpisałam, bo palce nie chciały znaleźć klawiszy.

Koniec EDITu

A potem mnie o drugiej w nocy tata obudził chrapaniem. I nie mogłam zasnąć. Wtedy też nastąpiła jedyna reakcja na alkohol. Suszyło mnie jak cholera. Ale rano było mi nic. Złożyłam wizytę w Łazienkach, gdzie szkicowałam pomnik Chopina. Jakoś tak mało podobny do Chopina mi wyszedł, ale miałam fajną zabawę z cieniowaniem. A potem łaziłam sobie po parku i odwiedzałam wiewiórki. I nawet sobie ptaszki pokarmiłam.

Na zakończenie wylądowałam na Sadybie i kupiłam sobie Ostatni Patrol (recenzja… może będzie). A jak wracaliśmy, siedziałam sobie po turecku na przednim fotelu, czytałam i czułam się tak nieziemsko zrelaksowana… Chyba to muszę powtórzyć. Na pewno to muszę powtórzyć. Relaks to coś, co zdarza mi się zdecydowanie za rzadko.

Skrócony przegląd ostatnich wydarzeń

Zaczyna się rok akademicki. Zaczyna się od dwóch dni i zacząć się nie może. Przynajmniej mnie. Kocham moje studia. *wyznanie oficjalne* Ostatnie dwa dni na nich wyglądały bowiem następująco:
1 października – wolne – zarządzenie rektora
2 października – wolne – zarządzenie dyrektorki instytutu
No normalnie kocham to. A jutro mam na 14:30. I życie (jeszcze) jest piękne. Bo ja jestem w Krakowie.

W niedzielę spotkałam się z Aniołakiem. I kiedy czekałam na nią w Botanice, wszedł jeden z naszych wykładowców. Usilnie próbował nie zwracać na mnie uwagi. Aniołak przyprowadziła Demonka, wypiłyśmy kawę, a potem włóczyłyśmy się po Krakowie udając faerie i było nam fajnie.

W poniedziałek było bieganie i załatwianie stu tysięcy spraw. Np. odpisywanie planu i kontemplowanie dziur przetykanych zajęciami. Tak pokręconego planu zajęć jeszcze nie miałam.

A dzisiaj wstałam o 6:30, żeby pojechać do Rynku i kupić bilet miesięczny bez kolejki (podwójna kolejka na dwie przecznice nie wygląda zachęcająco). I uważam, że to nienormalne, żeby o 8:00 była taka kolejka. Ale ja przyjechałam kupić ten bilet BEZ KOLEJKI. A więc powiedziałam grzecznie przepraszam i weszłam do budynku, gdzie znalazłam kasę z czterema osobami w kolejce. I kupiłam bilet. O. I nie przejmuję się tym, że byłam bezczelna. A potem chodziłam sobie… I to jest okropnie upajające uczucie, kiedy idziesz sobie, a ludzie schodzą ci z drogi, bo… tak. Uwielbiam to. Chyba się uzależnię.
A potem, jak już odzyskałam internet, zostałam zabita. [livejournal.com profile] can_dle chyba postawiła sobie za punkt honoru zabicie mnie dzisiaj na śmierć. Najpierw były cytaty z Sagi o ludziach lodu. Potem groźby. Potem jeszcze coś, za co zapłaci. Później uraczyła mnie ziemniakiem lub frytką. Potem znowy ludzie lodu. A potem drzewo genealogiczne ludzi lodu. Bez współmałżonków!
Następnie zabiły mnie rozważania o pewnym slashu, ale to już zachowam dla wtajemniczonych.

No, a poza tym to usiłowałam dzisiaj pisać, ale mi nie wyszło. I czuję się z tym źle. Ale trudno się mówi. Za to Arian napisała coś i chyba powinnam to skomentować. Tylko najpierw muszę wymyślić, co napisać. A to może być trudne. Ale obiecałam. Więc idę myśleć. Dobranoc państwu.
 
 
music: ja sama - irlandzka; ja z siostrą - różne badziewie
place: Magiczne Miasto
mood: jakiś
 
 
( Post a new comment )
[identity profile] can-dle.livejournal.com on October 3rd, 2007 11:55 am (UTC)
Cholera. Ja wypiłam tylko łyk wina. Dobra, dwa. Trzy razy pociągnęłam z butelki w kuchni, bo mi się nie chciało do pokoju nosić.

Ja połowy nie pamiętam! Jakie groźby? JAKI SLAH???

*poszła czytać archiwum*
(Reply) (Thread) (Link)
[identity profile] can-dle.livejournal.com on October 3rd, 2007 11:59 am (UTC)
Dobra. Porównanie do Rubika znalazłam. Ale jaki slash???
(Reply) (Parent) (Thread) (Link)
bruce's personal assistant[identity profile] juana-a.livejournal.com on October 3rd, 2007 06:30 pm (UTC)
Trudno, żebyś pamiętała ten slash, skoro o nim rozmawiałam z Raiem i Arian.
(Reply) (Parent) (Link)