Boże, dzięki Ci za język polski!
Ostatnie dwa dni były tak zamotane, że komputer był tylko witany w przelocie, a mieszkanie służyło tylko do spania. Postaram się to nadrobić. Ale w skrócie, bo dzisiaj czasu też nie jest zbyt wiele.
Środa, 19 września
Dzień zaczynamy od wizyty w biurze. Ewelina zostawia faktury za bilety, ja też coś musziałam zrobić, ale w tej chwili nie pamiętam co. Potem jedziemy na bazę na Radzikowskiego. Pan kierowca szybko okazuje się być super koszparny i super irytujący. Jedziemy na lotnisko. Wysiadamy z autobusu i czym prędzej idziemy na terminal. Do przylotu samolotu jest całe dwadzieścia minut jeszcze, ale my musimy uciec od kierowcy. I dobrze, ponieważ na miejscu okazuje się, że samolot już wylądował. Przed czasem. Dwadzieścia minut temu. I że nasi Holendrzy już powinni zacząć wychodzić. Takie odkrycia zdecydowanie nie są miłe. I samolotu lądujące przed czasem są niemal tak samo kłopotliwe, jak te opóźnione. W każdym razie dla odbierających. JAkoś udało się nam zespół pozbierać, chociaż oczywiście każdy wychodził osobno i każdy miał jakieś problemy. Zapakowałyśmy ich do autobusu i pojechaliśmy do hotelu. Kierowca znowu był irytujący, ale jakoś dotarliśmy. Wypakowaliśmy Asko, poznałyśmy Dominique, która zajmowała się tak Asko Ensamble, jak i Schönberg Ensemble. Czekamy pół godziny i wieziemy część Asko i część Schönberg na Rynek (wg nich to Big Squer). A potem idziemy gdziekolwiek. Ja wracam do mieszkania, robię jakiś obiad, bo Aniołak przyjeżdża. A potem, z Aniołakiem, biegniemy na koncert. W końcu Minkowski i Sinfonia Varsovia.
Sam koncert to inny świat. Wykonanie świetne, dyrygent świetny, chociaż, oczywiście, koncertu inauguracyjnego NIC nie przebije. Utwory Johna Adamsa są bardzo interesujące. A harmonia w Fearful Symmetries, które zabrzmiały w drugiej części, po prostu mnie powaliła na kolana. Nie przepadam za muzyką XX wieku, ale ma w sobie coś... niepowtarzalnego. I szalenie interesujące są zasady konstrukcyjne, które dla każdego kompozytora oznaczają coś innego, inne są dla różnych utworów... A po koncercie ostatnie wskazówki na czwartek i do domciu.
Czwartek, 20 września
I nadszedł TEN moment.
O godzinie 11:15 jestem już w hotelu Qubus. Mam zaprowadzić na próbę trzy osoby z Theatre of Voices. O 12:00. Ale przyszłam sobie wcześniej, żeby mi nikt nie uciekł. Chyba powinnam tam być o 9:00. O 12:05 dzwonię do Basi i dowiaduję się, że Paul Hillier jest już na miejscu, a pozostałe dwie osoby mam olać, niech sobie same radzą i pójść na próbę do Schindlera. Poszłam. A tam pustki. Spotkałam za to mojego starego znajomego z London Sinfonietty - Iana, który teraz był akustykiem Theatre of Voices. Miriam i Randy - śpiewaczki, przychodzą chwilę później. Okazało się, że były w Galerii Kazimierz na zakupach. Miriam zgubiono bagaż na lotnisku i musiała kupić sobie buty na koncert. Śmieje się, że ma buty souvenirs. Siedzę prawie do 14:30. Sama. Ola odbiera jeszcze Jacoba z lotniska i przyjeżdża do nas. W międzyczasie same problemy. Ian ma samolot o 7:10, potrzebuje transportu. Miriam ma problem z obsługą dystrybutora i trzeba jej pokaząć jak leci gorąca woda. Nikt nie wie, jak oni wracają, bo każdy leci inaczej. Jacob do domu, bo mu babcia umarła. Miriam w nocy pociągiem do Niemiec. Paul i Randy lecą do Warszawy, a potem nie wiedzą, bo lot do Kopenhagi został odwołany. Filipa nie ma. Miriam chce, żeby zadzwonić na lotnisko Okęcie i zapytać o jej bagaż. Życie jest piękne.
Kiedy już się stamtąd urywam i jadę do Filharmonii, wcale nie jest lepiej. Pani z radia, która nie umie po angielsku, a ma przeprowadzić wywiad. Piętnaście osób zapomniało plakietek. Jest problem ze światłem. Problemy są ze wszystkim. I nieubłaganie zbliża się TEN moment.
Wreszcie kończą próbę i wychodzą. I my też wychodzimy. Idziemy na pizzę. Jemy pizzę. Niedaleko siedzi pan z Asko. Dzwonimy dowiedzieć się o pracę w piątek: kiedy, gdzie i jak długo. Umawiamy się (czytaj: każą nam przyjść) na 14:00. Potem idziemy do biura. Nasz organizm ma już tylko jedno marzenie. Kawy! Pomagamy Basi w liczeniu faktur i pieniędzy i pijemy napój bogów, życia, wszystkiego. I nadchodzi TEN moment.
Ja: Podczas każdego festiwalu nadchodzi taki moment, kiedy człowiek siada...
Ewelina: ... i ma wszystkiego dość.
Ja: I to jest właśnie TEN moment.
Potem pełzniemy (niemal dosłownie) do Galerii Krakowskiej. A potem pełzniemy (jeszcze bardziej prawie dosłownie) do Filharmonii, gdzie pilnujemy artystów i ich wchodzenia bez plakietek. Dominique wie, że jesteśmy, ale nie przeszkadza jej to wysyłać smsów z problemami. Zamiast poszukać. Tuż przed koncertem spotykam innego starego znajomego z London Sinfonietty - Andrew. Przed koncertem poprawiamy sobie make up i biegniemy po napój bogów numer dwa - Tigera. A później mamy ochotę uciec z koncertu, bo to jest katastrofa, kakofonia i w ogóle nie lubimy Elliota Cartera. Daj mu Boże zdrowie i ponad 100 lat życia (teraz ma 99) i w ogóle, ale jego muzyka to koszmar.
Po koncercie żegnam się z Andrew, oboje hope that we'll meet in next year. I prowadzimy Asko Ensamble na późny obiad, gdzie wynika kolejne sto tysięcy problemów. Po załatwieniu ich, uciekamy. I nie mamy już siły nawet ruszać palcami.
A dzisiaj już wszyscy będą mówić po polsku! Aaa! To naprawdę cudowne. Tylko mam nadzieję, że uda nam się przestawić. A to może się okazać trudne. My zaczynamy myśleć po angielsku.
confetti in the waiting - Post a comment
maybe that’s all broken glass ever is