Wiecie co? Lubię moje studia. Lubię moją pracę. Lubię siebie. I lubię Basię, bo mnie przydzieliła London Sinfonietcie i mi wpisała w grafik dzisiejszy transfer z lotniska. I lubię Jackie, bo jest fajna. Ale po kolei.
Godzina 10:55. Ju wychodzi z busa i kieruje się w stronę terminalu. Samolot z Londynu ma przylecieć o czasie. Razem z panem kierowcą kierują się więc do innego pana kierowcy (miał taki wypaśny autokar) na kawę (kawaaa! ratunek!). Samolot ląduje o 11:05. O 11:10 Ju jest przed terminalem i z karteczką czeka na jedną osobę z London Sinfonietty. Nie sposób było mnie nie zauważyć. Pani mnie jakoś przeoczyła, ale szybko mnie znalazła. Ma na imię Jackie, jest skrzypaczką, mieszka pod Londynem i ma dom w Szkocji. Na Hybrydach!
Zapakowałyśmy się do busa i pojechaliśmy. I prawie całą drogę gadałyśmy. O wszystkim. Jak daleko do Warszawy, gdzie Stare Miasto, pokzałam jej Wawel, Skałkę, Kazimierz. Porozmawiałyśmy o muzyce, o moim studiowaniu, o muzyce irlandzkiej, mitologii celtyckiej i tym, że chciałabym pojechać do Szkocji. I wtedy wyszła sprawa z domem. I zanim wyszłam z busa miałam maila Jackie w notesie, ona mój, a ja gratis zaproszenie do Szkocji. Kocham tę pracę! Życie jest piękne!
Potem poszłam sobie coś zjeść do Galerii Kazimierz i wróciłam do hotelu i zaprowadziłam Iana i Andrew do dawnej fabryki Schindlera, sama będąc prowadzoną przez koleżankę. Zostawiłam Iana i Andrew, pojechałam do mieszkania. W biegu zjadłam coś-w-rodzaju-obadu-wersja-bardziej-niż-ekspres. Zanim wyszłam zaczął padać deszcz, zaczęło grzmieć i w ogóle różne efekty specjalne. Na przystanku byłam już mokra. Mimo parasola. A jak dotarłam do hotelu o godzinie, o której dotrzeć miałam, okazało się, że prawie cały zespół jest już w fabryce, bo był beautiful morning i nikt nie spodziewał się deszczu, w związku z czym, nikt nie miał umbrella. I wzięli sobie taksówki. A ja sobie szłam do fabryki z trzema osobami, w tym z Jackie.
Próba jak próba. Dużo zamieszania. Ale ja próbę potraktowałam jak koncert, bo na koncercie nie mogłam być (o 22:00 się zaczynał, zanim by się skończyć, moje tramwaje powiedziałyby "Time to say good bye", a autobus nocny najbliżej jest z Ronda Matecznego). I powiem tylko, że ta muzyka jest... interesująca. Z muzykologicznego punktu widzenia.
Disiejszy koncert jest pod znakiem muzyki Steve'a Reicha. Na scenie można zobaczyć trzy marimby, dwa ksylofony, dwa fortepiany, dwa syntezatory, kotły, bęben wielki, gong i coś tam jeszcze. Na ksylofonach grają nawet smyczkami! I taki skład zespołu gra Sextet. Jest to kompozycja inspirowana repetytywnym jazzem. W skrócie i niefachowo polega to na rozwijaniu jednego motywu i powtarzaniu go w kółko. Nasz pan dr Będkowski na zajęciach określił taki rodzaj muzyki jako "nowy rodzaj wirtuozostwa - zabójczy zarówno dla słuchacza, jak i dla solisty". Niewątpliwie coś w tym jest. Ciężko się tego słucha, tym bardziej, że niemiłosiernie długie (5 części - nie zauważyłam, żeby miało części, musiały być attaca, a ja akurat na tym utworze zasypiałam, więc mogłam coś przeoczyć). Jak widać z powyższego składu - instrumenty głównie perkusyjne. Nawet fortepiany sa potraktowane perkusyjnie.
Potem ci państwo się pozbierali i poszli, a na scenę wkroczył klarnecista - Mark van de Wiel (bardzo sympatyczny, swoją drogą). I to kolejny ciekawy utwór. New York Counterpoint. Tutaj zasada konstrukcyjna opiera się głownie na współdziałaniu instrumentu z grupą intrumentów tego samego rodzaju lub z partiami tych instrumentów nagranymi na taśmę. Utwór interesujący i szalenie ciekawy. Bo te zasady konstrukcyjne są naprawdę ciekawe...
A potem Jackie zagrała Violin Phase. Ma podobną zasadę konstrukcyjną. Utwór może być wykonywany przez czworo skrzypiec lub przez skrzypce solo i trzy partie nagrane na taśmie. W tym wypadku tak właśnie było. Podstawa to jeden motyw melodyczno rytmiczny, powtarzany przez troje skrzypiec z przesunięciem o jedną jednostkę metryczną (tak to nazwijmy). Mam wrażenie, że Jackie nagrała ten motyw na początku próby, a potem Ian tylko to zmiksował i puścił na trzy warstwy... Ale co ja tam wiem? Utwór interesujący i chętnie bym go sobie poanalizowała.
W połowie próby zostałam zostawiona na pastwę losu, ale właściwie nic do roboty nie było. Ian, Andrew i Sarah zostali, a ja odprowadziłam Jackie do hotelu, pożegnałam się, zostałam poproszona o kontakt i wróciłam do domu. I od tamtej pory usiłuję napisać tę notkę.
Jutro znowu jadę na lotnisko. Po 23 osoby + instrumenty. Z instrumentami na pewno się dogadam. Ale dobrze będzie. Jeśli zrozumiałam Brytyjczyków z ich akcentem, to Holendrów też zrozumiem. A teraz idę spać, bo zasnę w drodze na lotnisko. Dobranoc :)
confetti in the waiting - Post a comment
maybe that’s all broken glass ever is
five by five (
juana_a) wrote on September 18th, 2007 at 08:31 pm
Operacja "London Sinfonietta" - odsłona druga